Wielka bitwa o Urząd, czyli jako nawracano nasze rewiry na świeckość, trzeźwość i tolerancję

Roku pańskiego dwa tysiące i dwudziestego. Miesiąca Februariusa.

Weszli my tedy w nowy miesiąc ostro i z przytupem. Siła wydarzeń się rozegrać rozegrała, że grzechem by było o nich ni słowem nie wspomnieć. Najsampierw nakupili my machin latających od Amerykanusów, co to się ich nawet Rusek ma bać – w co wierzyć mi się nie chce, bo jeżeli ruski żołnierz się czegoś boi, to chyba samej myśli, że mógłby się czegoś bać. Zresztą i Putinus jakby onuce mocniej zacisnął, bo cisza coś i głuchota tajemnicza na prawej flance.

Drogo podobno wyszło za te machiny, ale jeden z drugim zachwalają, to nie będziemy i my z siebie dziadów robić. Zastaw się, a postaw się.

Świat w milczeniu zamarł, albowiem z Kitaju rozlała się po świecie infekcyja straszna, na którą podobno nijakiego leku nie masz. Jednakowoż kompania nasza osiedlowa rady starego Macieja zasięgnąwszy, przyszła do rozumu, że jeżeli owe mikroby zjadliwe czegokolwiek się boją, to ani chybi będzie to spirytus i że dla zdrowotności kuracyję odbyć należy.
Zmówiliśmy się tedy w kilku kompanów, że jako zima niesroga i wiosnę raczej przypomina, cała impreza odbędzie się u imć Brodacza w garażu, w sobotę kale południa. Stawiliśmy się w komplecie, a nie powiem, gruntownie na potyczkę ze światem wirusów wyrychtowani. Ja sam dwie butelki wódki wybornej ze sobą przyniosłem i słoik z korniszonami, z piwnicy dobyty. Jegomość gospodarz dopilnował serwisu i oto rozsiedliśmy się gdzie kto mógł. Apetyty nam dopisywały, a trunku było akuratnie i uchowaj Boże nie za mało.

Ledwieśmy po kilka stakanków opróżnili, o polityce tocząc uczone, a nadobne debaty, kiedy nas nagle nieprzyjaciel opadł i w ciężką opresję wtrącił. Otóż wyszło ci nagle zza rogu strażników dwóch miejskich, w pełnym rynsztunku, a z nimi chłystek taki jakiś rozmydlony. Notesów i długopisów dobywszy ruszyli na nas z animuszem.
– A dzień dobry waszmościom. Strażnik Ziemba się kłania. Cóż to za libacyja w miejscu ku temu nie przeznaczonym i publicznym?
– Jakaż tam libacyja! Nijakiego opilstwa tu nie masz – zakrzyknie Brodacz, uznawszy, że gospodarzowi wypada głos zabrać – A i przestrzeń, zdaje mnie się niezbyt publiczna, bo garaż ten mój prywatny… 
– Kodeks jest kodeks i inaczej stanowi. Po trzysta złotych polskich ja tu widzę wykroczenia, razy… – tu liczyć począł nas długopisem.
– Władzunia, panie strażniku, bądź pan człowiek – próbowaliśmy mitygować oficyjera – Taka sroga kara? Tu? Między garażami?

Na to on pisanie przerwał i mówi do nas w te słowa:
– Karać ja waszmościów nie muszę pieniężnie. Ale umowę zawrzeć możemy. W niedzielę najbliższą, ten oto jegomość, imć Łukasz – tu chłystka wskazał – spektakl profilaktyczny w urzędzie gminy organizuje i serdecznie na niego panów zaprasza.
– A o czymże dzieło owo będzie? – zapytać się odważyłem
– Będziem panów edukować w zakresie przeciwdziałania homofobijnych zachowań, takoż rasistowskich, seksistowskich i innych uprzedzeń – zapiszczał gołowąs – Projekt nasz bardzo ważny jest społecznie i otrzymaliśmy na niego granty zagraniczne.
– A jak kto nie przyjdzie! – wrzasnął Andrzejek, dobrze już zresztą wcięty
– To mandat zarobi i do następnej wiosny, Bóg mi świadkiem, nawet pół piwka nie wypije na naszym osiedlu. Czy ja się jasno wyrażam? – strażnik warknął na niego obcesem 
– To widzimy się panowie w niedzielę – i poszli.

Co było robić. Dokończylim dzieła odkręcone, a resztę uradziliśmy spakować na jutrzejszy spektakl.

Nie bardzo ja wiedział jak się ubrać, ale że do urzędu nie godzi się w byle łachu pójść, to założył ja marynarkę. Do każdej kieszeni wziąłem po małpce wódki, com ją rozlał z dużej flaszki. Tak zabezpieczony w sali widowiskowej się stawiłem.

Kogóż tam nie było. Pierwsze szklanki osiedla. Z tym się przywitałem, z owym pogadałem. Zapalili my papierosa i od słowa do słowa pomiarkowałem się w całej historyji. Owóż gołowąs ów to jakiś urzędniczek, pociotek prezydentowej naszego miasta, która na etat państwowy go wkręciła. Posadę referenta do spraw walki z patologiami społecznymi otrzymał i pensję niezgorszą. Cóż po tym, kiedy młody był i niedoświadczony. Miast cicho siedzieć i karierę na państwowym rożnie piec, wybić się zechciał i napisał program walki z mową nienawiści, uprzedzeniami i różnymi innymi przestępstwami. Wysłał gdzie trzeba i diabeł chciał, że trafiło na jakiegoś innego mądrego, któremu się spodobało i pieniądze przyznał. Największym problemem w całym tym programie frekwencya była, albowiem nikt chodzić na eventum nie chciał po dobrej woli. Tedy też ciotka prezydentka do komendanta straży miejskiej zadzwoniła i poprosiła o pomoc. No i komendant posłał w teren patrol, któren bez nijakiej litości nabrał jeńców i na siłę jako publiczność na spektakl, pod groźbą mandatów wysokich, przywiódł. Zebrało nas się lekko licząc ze dwieście chłopa, a każden orzeł w orła. Samych alimentów i grzywien niezapłaconych to jakby policzyć byłoby z milion dwakroć.

Weszliśmy na salę i miejsca zajęli. Na scenie dekoracyja stała. Takie duże zdjęcie domu kultury naszego z bramą obok. Wszystko – nie powiem – misternie przygotowane, że jak patrzyłeś, to jakbyś ulicę widział. Światła przygasili i na scenę aktorzy wyszli. Była taka jedna ładna panienka i druga tak w sobie bardziej kobita, z grzywką od weka ciętą. Było dwóch chudzielców w dupościskach, jeden taki krępy i autentyczny murzyn na dokładkę.

Zaczęli ci oni odgrywać spektakulum.
Najsampierw jeden grał złego szefa, a ta z grzywką od weka chciała do pracy się dostać. I on jej awanse czynił, ale takie chamskie. Jak ją za półdupek złapał – to sala śmiechem ryknęła, a ten i ów brawo bić zaczął, a gwizdać na palcach. To ona w płacz i nie wiadomo było czego płacze. Czy od tego gwizdania i śmiechów, czy tak dobrze grała, że płacze. Potem scena była jak się dwóch chłopów ze sobą za ręce prowadza, a ludzie na ulicy palcami ich wytykają i różne im żarty czynią. Stary Zyga powiedział, że on pierdoli takie spektakle, że on we Wronkach siedział w siedemdziesiątym szóstym i nie pozwoli… Ale kto by tam Zygi słuchał, jak na scenie baby się całować zaczęły! Cisza zapadła, że jak makiem zasiał i nikt nie wiedział co robić i gdzie oczy podziać. Zresztą popijałem te swoje małpki po trochu i już mi się nawet ten cały teatr podobać zaczynał. Inni – widziałem – też z gołą ręką nie przyszli.

No i potem te baby ze sceny zeszły, światła przygasły i ten czarniawy wyszedł, że niby z uniwersytetu wraca, bo się uczyć przyjechał. I nagle z bramy chłopaki wypadli, w dresy ubrani, z szalikami klubu naszego na szyjach i dawaj go popychać, a bić, a kopać. Przewrócili na ten papierowy chodni i kopią go jakby im co zrobił! Struchleli wszyscy i patrzą na to mordobicie. Najlepsza scena całego spektaklu.
A wtem nagle Dżozef, ten co kiedyś na autobusie jeździł i brata miał w ZOMO, zrywa się i krzyczy:
– Puść go kurwa twoja mać! Nie kop go tak, chamie zbuntowany, bo na śmierć zabijesz! A zabijesz go, to do więzienie pójdziesz, a o nas będą mówić i palcami wytykać! Jak po polsku nie rozumiesz, to ja ci wyjaśnię! – tu zamach wziął i jak nie zajebie winówką prosto w łeb największego z tych w szalikach. Padł jak neptek i leży.

Cisza się po sali zrobiła głucha, ale tylko przez chwilę, bo dawaj wszyscy nagle rzucać zaczęli, co kto miał pod ręką, a głównie butelki. Od szkła to się kolorowo na scenie zrobiło. Murzyn co grał kopanego na czworakach za papierowym kinem się chował. Gruba z grzywką wyleciała z mikrofonem, łapami machała, ale ją ktoś flaszką po harnasiu trafił, że tylko jej oprawki od pingli prysnęły na boki. Chłystek od spektaklu wyskoczył na scenę, ale w złym momencie, bo już krzesła fruwać zaczęły i jedno mu zdanie w pół przerwało dość brutalnie.

Obawiając się coby dla mnie szkoda jakaś nie wynikła z tej burdy chyłkiem się oddaliłem i do domu poszedłem. Dobrzem rachował, że z takiej awantury to i konsekwencye wyniknąć muszą.

Siedzę se ja – dwa dni później – w pubie u Śledzia, ledwo piwko zamówiłem, a tu wchodzi dwóch w mundurach. Starszy Sztaba, ten co brata ma we wojsku za oficera i jakiś taki drugi z twarzy zupełnie nie od nas.
– A dzień dobry panie Januszu, a co to tak piwkujemy?
– Po robocie jestem panie władzo, a pić się chce jak we żniwa.
– A może po niedzielnej burdzie suszy? Co? Byłżeś pan przecie na spektaklu w urzędzie, co na nim pobito aktorów i urzędnika państwowego w trakcie czynności wykonywania. A to kryminał jest. Hę panie Januszu? To jak? Butelkami się rzucało? 
Struchał ja na początku, a potem mnie się przypomniało, że przecież monitoring w urzędzie zdemontowany, po tym jak sekretarkę i zastępcę naczelnika na macanej randce nagrało, będzie z pół roku temu.
– Eee… Być byłem, ale przecie ja spokojny obywatel jestem. Nijakich burd nie robiłem, a gdzie jakimiś butelkami jeszcze rzucać.
– No to wasze panie Januszu szczęście, bo byśmy musieli pana aresztować – zaśmiał się starszy Sztaba, czapki obaj zdjęli i po piwku zamówili.

Opowiedzieli nam jak sprawy stoją. Po wielkiej awanturze prezydentka, z programu profilaktycznego dumna, mało ze wściekłości się nie rozpękła. Honoru urzędu się wyrzekła i niemal na kolanach prosiła komendanta policji, by gonił i łapał tych okropnych zbójów, co jej bratankowi bliznę na czole zrobili i miasto na pośmiewisko wydali. Komendant podobno ukradkiem śmiał się w kułak, ale wydał polecenie natychmiastowego sprawców ustalenia: “A nie ustalicie, to też się nic nie stanie” miał dodać śmiejąc się do łez. Tak się oto skończyło osiedla naszego na postęp nawracanie.

Wiedzieć wam trzeba, że namnożyło nam się ostatnio różnych fircyków po urzędach, z których każdy niczego nie robi sensownego. Normalny człowiek to i pół dnia za swoją sprawą stać musi i tak pieniędzy na nic nie ma. A oni na takie hucpy grube dotacyje ciągną. Tedy im między ludźmi brak szacunku i uważania. Tu urwać muszę i nocy dobrej Asaństwu życzyć

Janusz Sebastian Zwisek vel Malczikowitz